Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział II

Rozdział II

Rozdział dedykowany Andzi ;*


~ * ~

Pakowanie rzeczy, nie zajęło mi tak wiele czasu, jak sądziłam. W końcu nie mieliśmy dużego dobytku. Cztery walizki z ubraniami - w tym większość moich i kilka pudełek z niezbędnymi przyrządami domowymi. Matka wydawała się być przygotowana na tą przeprowadzkę, jak tylko się wprowadziłyśmy. Może to właśnie dlatego jedynie wynajmowałyśmy mieszkanie.

Teraz wystarczyło tylko czekać na jej jakże wątpliwy powrót do domu. Może się to stać za chwilę - co jest akurat najmniej możliwe, jutro - mam nadzieję, że dłużej czekać nie będę musiała, bądź nawet za tydzień - tutaj postanowiłam, że w takim razie wyjadę sama.

- Jean?! Jesteś w domu?! Co tu się stało?! – dobiegł mnie głos z przedpokoju. Zerwałam się na równe nogi i popędziłam w stronę drzwi wejściowych. Że też najszczęśliwszy dzień mojego życia nadszedł akurat dzisiaj. Mell Grabson Satake - kobieta, która nosi w przeciwieństwie do mnie dwa nazwiska i nigdy nie pokazała się w domu wcześniej niż o dziesiątej, po czym z samego rana znów znikała do pracy. Słodka idiotka ukrywająca wciąż coś przede mną; przed własną, rodzoną córką. Podstawiłam jej zegarek przed nos, na którym wybiła właśnie siedemnasta.

- Dobrze się czujesz? – zapytałam. – A może gdzieś się pali lub cię okradli? – zaczęłam wymyślać różne powody jej tak wczesnego powrotu do domu. Moim zdaniem było to całkiem nienormalne, jeśli chodzi o jej osobę. Musiało coś się stać. – Stało się coś? – zapytałam w końcu wprost.

- Tak – odpowiedziała. Wiedziałam, pewnie zapomniała swojego najlepszego kubka od herbaty i zaraz mnie po niego pośle. To już raczej nieuniknione. – Słyszałam, że dostałaś główną rolę w filmie.

- Tak, już idę po… – zastygłam w bezruchu. Słyszała? Ona? Od kiedy to jest tym taka zainteresowana? – Jak to?

- Źle słyszałam? W każdym bądź razie, akcja rozgrywać się ma zupełnie gdzie indziej. Czeka nas przeprowadzka – wytłumaczyła. Wciąż stałam oniemiała. – To co? – zatarła ręce. – Pakujemy się? – Jej wzrok powędrował do małej sterty pudełek, stojących w pokoju gościnnym. – Och… Widzę, że już się tym zajęłaś. – Pokiwałam głową i rzuciłam jej się naszyję.

- Dziękuję, mamo. – Mell Grabson Satake wydawała się być zaskoczona, ale oddała mój uścisk. Ciekawe tylko jak długo wytrzyma bez swojej pracy, będąc sam na sam z córką.

Po dziewięciogodzinnej trasie dojechałyśmy w końcu do Brighton. Szczerze, to myślałam, że jedziemy do stolicy, jednak matka wydawała się chyba wiedzieć lepiej ode mnie, gdzie ma rozpocząć się największa w historii mojego życia kariera.

- Mamo, czy aby na pewno nie pomyliłaś miast? – zapytałam, gdy minęłyśmy już któryś z kolei budynek.

- Nie. W telewizji mówili o Brighton. Niedaleko mieszkałyśmy, w Seaford*. W prawie dwa razy mniejszej miejscowości lecz w równie pięknej. Trudno zapomnieć tamtego miejsca.

- Raczej trudno sobie przypomnieć – dodałam od siebie i udałam nagłe zainteresowanie sznurówkami.

- Przykro mi kochanie. To były piękne czasy, tak dobrze nam się tam żyło, że szkoda mi było wyjeżdżać. Może jeszcze kiedyś sobie przypomnisz. – Tak, jasne. Tak samo jak przypomniałam sobie, gdzie zgubiłam dwa lata temu mój ulubiony błyszczyk, a minutę później klucze od domu. Mruknęłam tylko nieznacznie i skierowałam swój wzrok za okno. Dość duże miasto, większe od wcześniejszego, do którego do tej pory nie mogłam się przyzwyczaić. Tutaj potrzebny mi będzie zapewne jakiś przewodnik lub poręczna mapa, aby się przypadkiem nie zgubić, co jest już z góry założone. Minęłyśmy tyle zakrętów i tyle budynków, że miałabym prawdopodobnie problem z wyjazdem z miasta.

Po przejechaniu kolejnych kilkunastu uliczek, samochód stanął w końcu przed ładnym, niedużym domkiem, przypominającym pomniejszoną willę.

- Stać nas na to? – zapytałam, wychodząc z wozu.

- O to się nie martw. – No tak, po co ja się w ogóle tym interesuję? Równie dobrze mogłabym zostać naszą sąsiadką. Wiem pewnie tyle, co i ona.

Mój pokój mieścił się na drugim piętrze. Wchodząc, przeżyłam szok. Naprzeciw łóżka wisiał piękny obraz konia stojącego nad brzegiem jakiegoś jeziora. Jasno świecące słońce sprawiało wrażenie, jakby jego sierść mieniła się złotem. Kolory były połączone nadzwyczaj pięknie. Ktoś musiał się namordować, aby namalować ten obraz.

- I jak ci się podoba? – matka weszła niespodziewanie do pokoju. Aż podskoczyłam w miejscu i obróciłam się napięcie.

- Jest pięknie – odpowiedziałam.

- Następnym razem, poproszę o coś mniejszego.

- Następnym razem? Już planujesz kolejną przeprowadzkę? – Prawdę mówiąc, nie byłam zaskoczona jej obawami.

- To zależy od ciebie.

- Postaram się. – Naprawdę chciałabym zostać tu na dłużej. Ciągłe przeprowadzki to jednak nie dla mnie. Muszę się w końcu ustatkować. W tym momencie zadzwonił telefon. Już teraz widzę, że życia prywatnego mieć na pewno nie będę.

- Tak, słucham?

- Dzień dobry, panno Satake. Oczekujemy pani na dzisiejszej uroczystości – usłyszałam w słuchawce niski, męski głos. – Wiele osób chciałoby panią poznać. – Tak, a ja zawsze o tym marzyłam. Nie mam co robić w dzień przyjazdu i wcale nie jestem zmęczona . Na pewno przyjdę i z chęcią udzielę wywiadu. – Możemy liczyć na pani obecność?

- Oczywiście – odpowiedziałam z nutką znudzenia w głosie. Mój rozmówca chyba to wyczuł.

- Jeśli jest pani zmęczona po podróży, możemy to przełożyć…

- Ależ nie, nie trzeba – przerwałam mu, zanim ugryzłam się w język. – Jeśli wszystko jest już przygotowane, nie ma potrzeby przekładać.

- Znakomicie. Bal rozpoczyna się dzisiaj o siedemnastej przy ulicy Morrley’a. Do widzenia.

- Jaki… – zaczęłam, jednak mój rozmówca już się odłączył.

Nie do wiary. Chyba specjalnie wspomniał o balu dopiero pod koniec rozmowy, abym nie zdążyła protestować. Tak, to na bank było ukartowane. Teraz może podam powody, dla których moja osoba z tej ‘uroczystości’ powinna zostać wykluczona. Po pierwsze: nie mam w co się ubrać, po drugie: nienawidzę tańczyć, a po trzecie: jestem zmęczona do cholery i nie idę na żaden bal!

- Kto to był? – matka wyrwała mnie z moich smętnych rozmyśleń.

- Jakiś facet – prychnęłam.

- Facet?

- Nie wiem, chyba jeden z filmowców. Zostałam zaproszona na bal.

- Znakomicie. Ty pójdziesz się wytańczyć, a ja zrobię tu porządek i…

- Pójdziesz do pracy – zakończyłam za nią. Uśmiechnęła się raczej smutno.

- Tak.

- Wytłumacz mi. Jak to jest, że jeszcze dobrze nie zwiedziłyśmy domu, a twoja praca już cię znalazła?

- Jak dorośniesz, zrozumiesz.

- Ja jestem dorosła, mamo. Trzy miesiące temu skończyłam osiemnaście lat i nie dziwię się, że nie pamiętasz. W końcu swoje urodziny spędziłam we własnym pokoju, stojąc przed oknem i wypatrując może jakichś gości, jakiejś dalekiej rodziny, której nigdy nie miałam.

- Jean – matka westchnęła i przytuliła mnie do siebie. – Ktoś mi tak kiedyś pomógł – szepnęła.

- Kto?

- Dowiesz się, kiedy będziesz gotowa. – Czyli nigdy. Umarłaby, gdyby mi o czymś powiedziała. – Idź, poszukaj jakiejś ładnej sukienki, a jak nie znajdziesz, zaraz pojedziemy kupić – zmieniła szybko temat. No tak, znajomość przeszłości mojej rodziny była w tym domu całkowicie zakazana. Kto jest moim ojcem, kim jest zawodowo moja matka. Dlaczego nie mam żadnych dziadków, cioć, wujków ani rodzeństwa. To wszystko było jedną wielką tajemnicą, której bałam się, że nigdy nie odkryję. Chciałabym jedynie spotkać się z tatą. On by mnie nie okłamał. Na pewno.

- Nie mogę uwierzyć, że nie znalazłaś jednak żadnej sukienki.

- Pewnie nie wiesz, ale mój gust zmienia się z dnia na dzień – odpowiedziałam, przekładając aksamitny materiał między palcami.

- Pewnie nie wiesz, ale zawartość mojego portfela również – odfuknęła matka, po czym wyszarpnęła mi z rąk sukienkę. – Ma pan może coś o ciemnozielonym odcieniu? Aby nie było za dużo złota, najlepiej jednolity kolor, chyba że materiał będzie naprawdę ładny.

- Oczywiście, proszę chwilę poczekać – odrzekł sprzedawca i podreptał na tyły sklepu.

- Dziękuję bardzo! – zawołała za nim matka. – To co? Bierzemy co się da i w nogi? – dodała z chichotem. Uśmiechnęłam się mimowolnie.

- Ta którą odrzuciłaś, naprawdę mi się podoba.

- Ale mi nie. Czerwony zupełnie ci nie pasuje, masz zielone oczy, więc zieleń będzie w tym momencie najlepsza.

- Mamo? To dla kogo w takim razie ma pasować ta sukienka? Widziałaś człowieka z czerwonymi oczami? – Zatrzymała się nagle, jakby szukając w pamięci opisanej przeze mnie osoby.

- Oczywiście, że nie – odpowiedziała z uśmiechem. – Jesteś jasnej karnacji, można powiedzieć, że masz alabastrową cerę, więc to kompletnie wyklucza czerwony.

- Drogie panie – przerwał nam ze specyficznym, nietutejszym akcentem sprzedawca. Dałabym sobie rękę uciąć, że to obcokrajowiec. – Oto coś specjalnego, nowy krzyk mody. Mieliśmy wystawić ją dopiero za trzy dni, jak nam polecono, jednak ten jedyny raz mogę zrobić wyjątek – to powiedziawszy, wyjął zza pleców szmaragdową, lekko pofałdowaną sukienkę. Na pewno chcecie znać moje pierwsze wrażenie?

- Wychodzimy stąd!

- Poczekaj Jean, zobacz. Ona jest śliczna. – Oniemiałam. Moja rodzona… Nie, ja jako rodzona córka, a ona jako moja matka mówi mi, że sukienka, którą zakładają na siebie prostytutki jest śliczna! Śliczna!

- Może i ci się podoba, ale ja jej na pewno nie założę – powiedziałam szybko na jednym wydechu. – Będę chciała pracować w sex klubie, to złożę tam sobie podanie o pracę! Jednak na razie się wstrzymam i się zastanowię.

- Jean, przecież ta sukienka nie jest wcale taka krótka, zobacz – przyłożyła materiał do siebie, aby pokazać mi, że jednak miałam rację. – Może teraz wygląda inaczej, ale…

- Mamo, dobrze się czujesz? Normalny rodzic nie wypuściłby swojego dziecka w czymś takim na miasto. Przecież to jest jednoznaczne z: ‘no dalej weź mnie, zawsze i wszędzie’. Wyglądając tak wyzywająco, będę ciągnęła za sobą na bal korowód śliniących się mord! – Prawdę mówiąc, to było już za dalekie posunięcie, ale skoro tak jej się podoba, czemu sama tego nie włoży?

- Świetnie – rozłożyła ręce i oddała sprzedawcy materiał. – Proszę to zapakować, moja córka ma wiele sukienek w domu, na pewno się na którąś zdecyduje – powiedziała. – Tę zostawię sobie na zbliżającą się imprezę w pracy.

- Nie wierzę, że ją kupiłaś – prychnęłam i skręciłam w boczną uliczkę.

- Nie, Jean, mówiłam ci, że nic więcej nie kupuję. Wybierzesz sobie którąś ze starych sukienek, jeśli nie podoba ci się obecna moda, a to co wygląda naprawdę trendy, ty traktujesz jak ciuch dla prostytutek. – Po pierwsze: co?! To niesłychane, aby matka była bardziej na czasie od córki!

- Dobra. Założę ją. Ale podwozisz mnie pod sam budynek i tak samo odwozisz – postanowiłam w końcu, wiedząc, że będę tego żałować.

- Oczywiście – odpowiedziała z triumfalnym uśmieszkiem. Dopięła swego. Manipuluje mną od najmłodszych lat, muszę zapisać się na takie kursy. Bardzo przydatna umiejętność.

Lustereczko powiedz przecie, kto wygląda jakby przystępował do zawodów ubierania się w najbardziej wyzywające sukienki świata? Oczywiście ja - Jean Satake, urodzona osiemnaście lat temu w miasteczku, którego kompletnie nie pamiętam. Stoję teraz jako dorosła już osoba, ubrana w kawałek materiału ledwo zakrywającego mi tyłek, w złocistozielonym szalu i dość wysokich, abym się najprawdopodobniej zabiła szpilkach. Czekają mnie więc dzisiaj trzy jak nie więcej rodzajów śmierci. Zastanawia mnie również, kto wymyślił bal w okresie tak wielkiego postępu cywilizacyjnego. Czy takie ‘imprezy’ nie istniały przypadkiem za czasów panowania poszczególnych dynastii wielkich królów, cesarzy i monarchów? Niektórzy najwidoczniej lubią się cofać.

- Jean, wychodź już, zaraz wyjeżdżamy – usłyszałam głos dochodzący zza drzwi łazienki.

- Jasne, jeszcze minutkę! – odkrzyknęłam, po czym po raz czwarty pociągnęłam czarnym tuszem rzęsy. Wybiegłam z łazienki, machając rękami. Dlaczego te paznokcie tak długo schną?!

- Biegiem, Jean, bo się spóźnisz! – Zbiegłam po schodach na dół, ledwo unikając wyrżnięcia się na zakręcie. Tak właśnie kończył się dzień, a jednak wszystko było jeszcze przede mną.

*

- Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy.

- Przestań, Carl i tak robisz to źle – Raven roześmiał się, na widok tańczącego z poduszką czarnowłosego chłopaka, który podszedł teraz do niego i próbował wykorzystać go do podwójnego piruetu.

- Carl!

- No co? – chłopak roześmiał się, ale natychmiast uspokoił. Widać było, że tego żartownisia doprowadzić do porządku może tylko jedna osoba, którą z całą pewnością był Raven.

- Lubimy się spóźniać, hę? – zapytał starszy mężczyzna pilnujący wejścia i oglądający zaproszenia. W tym samym czasie towarzysząca mu kobieta sprawdzała zawartości reklamówek, torebek i małych walizek gości.

- Wie pan jak kto jest… Mecz, trzeba wziąć prysznic. Stanowczo zbyt mało czasu – wytłumaczył za nich obu Raven, bowiem Carl zajęty był podrywaniem zbliżonej do ich wieku panienki, która stała za nimi w kolejce.

- Wygląda na to, że wszystko w porządku, możecie wejść – kobieta uświadomiła im koniec swoich przeszukiwań.

- Dzięki wielkie. Chodź, Carl! – warknął do niego i pociągnął w stronę drzwi. Mężczyzna szepnął pod nosem coś na temat nieodpowiedniego zachowania i przystąpił do sprawdzania pozostałych zaproszeń. – Nie rób przypałów, Carl – skarcił go Raven. – To ponoć bardzo ważna uroczystość.

- Przecież zachowuję się tak jak zawsze – odparł chłopak, po czym podszedł do stołu, na którym leżały owoce, oderwał od kiści grono winogrona i ścisnął je w pięści. Raven przymknął tylko oczy, zacisnął rękę i przyłożył ją do pochylonego czoła.

Nagle rozległy się gromkie brawa, a na podeście pojawiła się młoda kobieta, przypominająca z twarzy wielkiego arbuza. Carl opanował się od wybuchnięcia śmiechem, tylko dzięki uderzeniu łokciem przez Ravena.

- Widzę, że brakuje jeszcze jednej osoby, której szczególnie się spodziewaliśmy, jednak miejmy nadzieję, że ma bardzo dobre wytłumaczenie na jej spóźnienie, bądź nie daj Boże, nieobecność – powiedziała kobieta, szczerząc się tak bardzo, na ile pozwalały jej szerokie usta. Raven zauważył, że Carl’owi zbierają się łzy w oczach, które ledwo już hamował.

- Jak nas ośmieszysz, przysięgam, że stąd wyjdę – powiadomił go szeptem, uśmiechając się w stronę podestu.

- Stary, panuję nad sytuacją, ok.? – odpowiedział Carl i zrobił tak poważną minę, na jaką tylko było go stać.

- Bal zorganizowany jest pod kątem charytatywnym, o czym zapewne każdy z państwa wie. – Raven spojrzał pytająco na Carla, który również miał zdziwioną minę. – Co oznacza, że wszyscy obecni na tej uroczystości, przygotowane mają zapewne specjalne datki dla najbardziej potrzebujących.

- Płacisz.

- Nie, ty płacisz – odpowiedział z chichotem Carl, po czym od razu spoważniał.

- Miejmy nadzieję, że w trakcie balu, nic nie przeszkodzi nam…

TRZASK

Wszystkie głowy zwróciły się w stronę głównych drzwi, które wydały ten głośny dźwięk, po czym otworzyły się ze skrzypieniem. Kobieta stojąca na podeście, wyglądała jakby ktoś ją na chwilę zamroził, co nie uszło uwadze Carla. Nie wytrzymując, roześmiał się na całą salę. Po chwili reszta zebranych uczyniła to samo.

~ * ~


*To miasto leży niedaleko Brighton, jednak bardzo mało się o nim dowiedziałam. Dlatego powiedzmy, że to co będę o nim pisać, będzie całkowicie zmyślone, tak samo jak liczba jego mieszkańców, czy cały krajobraz. To wszystko oczywiście na potrzeby opowiadania.

Lily 2/01/2009 21:55:40 [Powrót] Komentuj



u mnie new :)
Marien 3/01/2009 14:30:25
| brak www IP: 88.220.176.26