Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział III

Rozdział III

To się nazywa wejście smoka. Sala pełna ludzi i ja jako główna atrakcja wieczoru, która spóźniła się na swój pokaz. Wszystko jednak jest możliwe więc może odnajdę przebaczenie. Jak to powiedziała matka? 'Nie martw się, zapewne nikt nawet nie zauważy twojego przybycia'. Tak, zapewne. Zapewne to chyba jednak ktoś zauważył.

Przeszłam drogą, której wcale nie musiałam sobie torować, bowiem tłumy rozstąpiły się same. Zaczęłam kiwać głową, zapominając, że przecież mogę używać słów i swobodnie powitać wszystkich zwykłym 'dobry wieczór'. Podeszłam do podestu, na którym stała przypominająca arbuzo-gruszkę kobieta i zatrzymałam się. Kiedy tylu ludzi patrzy się tylko na ciebie, czujesz ich wzrok na niemal każdej części ciała.

- Witamy na naszym skromnym balu, panno Satake – jej ostatnie słowa zagłuszył pisk mikrofonu. – Może opowie nam pani o sobie, o swojej roli w filmie, na który czeka nie tylko Wielka Brytania, ale cały świat – zaproponowała Kobieta-Arbuz. Odrzucenie jej prośby byłoby jednoznaczne z: 'nie mam czasu, mów kobieto co masz mówić i wracam do domu'. Dlatego uśmiechnęłam się tak szczerze jak tylko potrafiłam, po czym przejęłam od niej mikrofon.

- Raz, dwa – zaczęłam, stukając palcem w odbiornik dźwięku. Odchrząknęłam jeszcze na boku. – Witam wszystkich na balu zorganizowanym z okazji… – tu się zacięłam. No właśnie, z jakiej okazji?

- Charytatywnej! – krzyknął ktoś w tłumie, a ja zaczęłam wypatrywać tego dobrego człowieka, który wybawił mnie z opresji. – Na balu charytatywnym – zakończyłam, wymawiając w zwolnionym tempie ostatni wyraz. Jak to dobrze dowiedzieć się dopiero na miejscu, na jakim balu ma się zaszczyt uczestniczyć. Do tego nie wziąć ze sobą ani grosza. – Przyjechałam dopiero dzisiaj, w celu nakręcenia wspomnianego już filmu, który jest ekranizacją pierwszej trzytomowej sagi Elizabeth Carbet, pt. 'Epitafium Jessici'. Jest mi niezmiernie miło, że mogę dostąpić zaszczytu zagrania głównej roli, bo dzięki niej znalazłam się też tutaj. Mogę stać przed wami i cieszyć się wspaniałym wieczorem, który zapewne wszyscy spędzimy, świetnie się bawiąc – zakończyłam w wielkim stylu. Jednak zanim złożyłam podziękowania, padło pytanie:

- Jak duszo funduszy zamierza pani poświęcić na dzisiejszą akcję? – Odszukałam wzrokiem osobę, która wpakowała mnie w udzielenie poniżającej odpowiedzi, bo dziwnie zabrzmiałoby powiedzenie: 'ani złamanego grosza', po czym obdarzyłam ją morderczym spojrzeniem. Jak się okazało - jego. Czarnowłosy chłopak stał pośrodku tłumu i nieustannie chichotał, szepcząc coś do swojego kolegi. Ten z kolei starał się go odgonić jak nazbyt natrętną muchę. Odpowiedź szybko pojawiła się w mojej głowie:

- Zapewne więcej niż pan. – Mina mu nieco zrzedła, a o to właśnie chodziło. Zwróciłam wzrok w kierunku Kobiety-Arbuz, chcąc zakończyć swoje wystąpienie. Chyba załapała aluzję, bowiem po chwili przejęła ode mnie mikrofon i wyszczerzyła równe zęby. Dałabym sobie rękę uciąć, że nosi protezę. Coś złotego błysnęło, kiedy przygryzała wargi.

- Dziękujemy bardzo za wyczerpującą relację – powiedziała, nawet na mnie nie patrząc. To się nazywa totalna ignorancja, choć nie specjalnie chciałam zwracać na siebie większej uwagi. Narobiłam już wystarczająco szumu. – Zachęcamy do skosztowania owoców z naszych skromnie zastawionych stołów i oczywiście zapraszamy do tańca – kiwnęła głowa, co spowodowało włączenie się muzyki. Chciałoby się powiedzieć, że mają bardzo inteligentny sprzęt, jednak wiadome było, że ktoś obserwuje jej poczynania i czeka na sygnał do rozpoczęcia.

Natychmiast skierowałam się w stronę pustych krzeseł, obciągając raz po raz sukienkę. Miałam ciągłe wrażenie, że widać mi to, co raczej sprawia, że człowiek się krępuje. Poza tym, gdzie tylko spojrzałam, kobiety miały na sobie długie suknie sięgające kostek, a tylko nieliczne po kolana. Moje ubranie nie kwalifikowało się zatem, do tych stworzonych specjalnie na bale.

- Patrz, jak się to robi – usłyszałam za sobą czyjś głos, jednak szłam dalej. – Witka – czarnowłosy, który wcześniej niemal bezpośrednio spytał mnie o zawartość mojej kieszeni, dołączył do mnie i dotrzymywał mi kroku.

- Proszę? – zapytałam, siląc się na obojętny ton.

- Cześć, jeśli twój slogan nie obejmuje wcześniejszego słowa powitania. – Podniosłam lekko brwi, po czym prychnęłam cicho i minęłam go bez słowa.

- Chyba coś ci nie wyszło – usłyszałam za sobą inny głos.

- Czekaj stary, myślisz, że z nimi to tak szybko? – Chłopak znów mnie zaczepił, przystawiając swoje krzesło do mojego. W końcu zdążyłam już do niego dojść i usiąść. – Carl – wyciągnął do mnie rękę, którą uścisnęłam niechętnie. – Co ty taka spięta dziewczyno? – zapytał po chwili ciszy.

- Myślę – odpowiedziałam, interesując się nagle wiszącym w oddali na ścianie obrazem.

- O czym?

- Jak grzecznie powiedzieć, abyś spieprzał – spojrzałam na niego, i chociaż śmiałam się w środku, nie dałam tego po sobie poznać, zachowałam całkowitą powagę. Przyjaciel czarnowłosego, który przyglądał się naszej rozmowie, parsknął śmiechem.

- Nieźle ci idzie – rzucił krótki komentarz lecz po napotkaniu mojego wzroku, odwrócił się i odszedł.

- Chociaż zatańczmy. Laski nigdy nie odmawiają tańca – nadaremno próbował swoich sił. Dlaczego ludzie nie rozumieją, kiedy mówi się do nich z grzecznością, bez zbędnych wulgaryzmów, tylko czekają aż się na nich naskoczy i da jasno do zrozumienia, aby sobie poszli? Próbuję być miła, a to, że mi nie wychodzi, to już na pewno nie mój, a ich problem.

- W takim razie idź i zaproś którąś. Jak powiedziałeś, zapewne nie odmówi.

- Więc? – wstał i wyciągnął do mnie rękę, skłaniając się w charakterystyczny sposób. Przysięgłam sobie w duchu, że robię to tylko po to, aby w końcu się ode mnie odczepił i niechętnie przyjęłam zaproszenie.

Po kilku już rytmach musiałam przyznać, że jest nawet niezłym tancerzem, a uśmiech będący nieodzownym elementem jego twarzy, potrafi czasem zamienić się w opanowanie i skupienie na wykonywanej czynności. W tym momencie było nią perfekcyjne wykonanie walca angielskiego.

- Jak na chłopaka spoza miasta, tańczysz nie najgorzej – powiedziałam, po wykonaniu kolejnego obrotu. – To miał być komplement – dodałam.

- Skąd wiesz, że spoza miasta? – zapytał obojętnie, nie zwracając uwagi na moją pochwałę.

- Witka – uśmiechnęłam się, robiąc kolejny obrót.

- Ludzie z bogatszych i lepszych rodzin posługują się innym językiem?

- Nie o to mi chodziło, nie chciałam cię…

- Nie – uśmiechnął się delikatnie. – Mi też nie o to chodziło. Jestem zwyczajnym koszykarzem. Prawdę mówiąc, ledwo zdobyłem bilety na to przyjęcie, a to wszystko dla brata. – Muzyka się skończyła, a on jak prawdziwy dżentelmen musnął wargami moją dłoń. – Dziękuję za taniec – powiedział i odszedł. Czyżby zrezygnował?

- Hej, poczekaj! Carl! – zawołam, podchodząc do niego.

- Potrafię ocenić, kiedy sytuacja jest beznadziejna i kiedy należy się poddać.

- Poddać?

- Skoro dziewczyna nie zamierza nawet wyjawić swojego imienia, czego więcej mam oczekiwać? – W tej chwili wydał mi się dużo starszy, niż wyglądał. Nie był to już język typowy dla mniejszych miasteczek.

- Jean – przedstawiłam się w końcu. – Ten Arbuz zapowiedział mnie na wstępie mojego przemówienia. – Czar prysł, urok znikł. Szatyn roześmiał się tak głośno, że tańczące pary pogubiły swój rytm.

- Ja, to znaczy… Odniosłem takie samo wrażenie – odpowiedział na moje pytające spojrzenie. Może źle go oceniłam na samym wstępie. W sumie nad jego nagłymi wybuchami można by było popracować, a niczego sobie resztę, zostawić tak jak jest. Odkąd skończyłam piętnaście lat, pokochałam czarnowłosych mężczyzn. Mają jakąś specjalną siłę, która mnie przyciąga. Carl, uprawiając taki sport jak gra w koszykówkę, musiał mieć wysportowane nogi i dość duże mięśnie. W końcu oglądało się nieraz naszą reprezentację, a jej zawodnicy byli naprawdę umięśnieni i przystojni.

- Pomyślałam sobie, że…

- Że?

- Nie ocenia się ludzi po okładce i może należy niektórym dać szansę – wytłumaczyłam, owijając w bawełnę. Czego się bałam? Mówienia wprost?

- Chodźmy więc, poznasz Ravena – nie przejął się moim wymyślnym zdaniem i raczej zrozumiał przesłanie.

- Ravena?

- Mojego brata.

- Tego gburowatego bruneta, który zrobił się cały czerwony na twarzy, gdy tylko na niego spojrzałam? – Carl roześmiał się. Prawdę mówiąc, mógłby to robić nieco ciszej.

- Tak, właśnie tego – odpowiedział i wyciągnął łokieć, abym mogła chwycić go pod rękę.

Znaleźliśmy go w rogu sali balowej, rozmawiał przez telefon, wyraźnie się z kimś wykłócając. Czarnowłosy zatrzymał mnie, abym nie była w stanie usłyszeć powodów jego zdenerwowania.

- To naprawdę nic takiego – wytłumaczył mi Carl. – Zapewne pies mu zdechł, a rodzice nie chcą zgodzić się na pogrzeb.

- Zapewne – szepnęłam, marszcząc brwi i przyglądając się uważnie nowemu nieznajomemu. Był tak samo przystojny jak Carl. Dokładne, niemal idealne rysy twarzy, jasne, połyskujące delikatnym brązem, starannie ułożone włosy, elegancki smoking, ręka włożona z gracją do kieszeni spodni. Gdyby umieścić go w dźwiękoodpornym pomieszczeniu z szybami zamiast ścian, ciężko byłoby zgadnąć, że prowadzi dość niegrzeczną konwersację. Jego twarz nie wyrażała bowiem żadnych emocji poza obojętnością. Cała jego złość skumulowała się w podniesionym głosie.

- Może zaczepimy go jednak później, co ty na to? – zaproponował Carl, jednak w tym samym momencie chłopak z telefonem zakończył rozmowę. Przez chwilę wpatrywał się w znajdującą się przed jego nosem ścianę, po czym odwrócił się nagle w naszą stronę. Spojrzał oskarżycielskim wzrokiem na towarzyszącego mi chłopaka, który wydawał się być nieco rozkojarzony. Podszedł i stanął obok niego, skierowany twarzą w odwrotną stronę.

- Nie powinniśmy byli tu przychodzić – szepnął, jednak dokładnie usłyszałam jego słowa. Po chwili powiedział coś w niezrozumiałym języku, co brzmiało jak jakiś szybki bulgot i odszedł powolnym krokiem w kierunku drzwi. Carl wyglądał jakby poraziło go prądem.

- Panienka wybaczy – zwrócił się do mnie. – Problemy rodzinne, to nie może czekać.

- Carl?! – zawołałam za nim, kiedy odchodził. – Zobaczymy się jeszcze?

- Czas pokaże – odpowiedział, nie darząc mnie nawet spojrzeniem i odszedł. W tym samym momencie ktoś porwał mnie do tańca, depcząc mi lewą stopę i stawiając kroki zupełnie nie do rytmu.

- Przepraszam, ale telefon. Ważna sprawa, muszę odebrać – skłamałam, zaglądając do małej, ciemnozielonej torebki w groszki i wyciągając milczący telefon, odeszłam w kąt.

Wykręciłam dobrze znany mi numer i czekałam.

- Mamo? Możesz po mnie przyjechać?

- Jak to? Przecież przywiozłam cię zaledwie pół godziny temu.

- Tak, ale… nie czuję się za dobrze – ponownie skłamałam. Łgarstwo wychodziło mi coraz lepiej.

- Przykro mi kotku, ale nie mogę. Mam coś bardzo ważnego do załatwienia. Wyjdź na zewnątrz, powinnaś poczuć się lepiej.

- Ale…

- Ktoś na pewno po ciebie przyjedzie. Obiecuję ci, że zaraz tam będzie, a tymczasem, kocham cię.

- Ja ciebie też…

Westchnęłam i odłączyłam się natychmiast, kierując do drzwi wyjściowych.

- Już pani wychodzi? – złapała mnie przy nich Kobieta-Arbuz.

- Tak, przepraszam, ale nie najlepiej się czuję. Mam zawroty głowy. To pewnie przez tą podróż. – Organizatorka balu wyglądała na zawiedzioną. No tak, w końcu nie otrzyma ode mnie ani grosza na tą swoją akcję charytatywną.

- Rozumiem. W każdym bądź razie, dziękujemy za przybycie – powiedziała, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła, kręcąc pośladkami bardziej niż modelka na wybiegu. Wcale nie było po niej widać, aby choć w najmniejszym stopniu cieszyła się z mojego przybycia na ten bal. Przecież nawet nie zaproponowała mi odwiezienia do domu przez sanitariuszy, którzy na takich przyjęciach zwykli być jako podparcie dla osób, które w wyniku zbyt dużego gorąca traciły przytomność. Gdybym wiedziała, że taki z tej kobiety dusigrosz, moja noga nigdy nie stanęłaby na progu tego budynku.

Lily 11/01/2009 16:40:00 [Powrót] Komentuj



zapraszam do siebie na new notke
sain 3/02/2009 21:16:04
| brak www IP: 77.223.225.214

Zapraszam do siebie na nową notkę :)
sain 25/01/2009 23:08:28
| brak www IP: 77.223.225.212

U mnie w końcu pojawiła się nowa notka! Zapraszam :) www.ashen.blog.onet.pl
Ashen 18/01/2009 17:59:47
| brak www IP: 83.28.166.86

Zapraszam na mój blog gdzie pojawiła się nowa notka :)
sain 15/01/2009 22:15:53
| brak www IP: 77.223.225.211